- Dobrze. Ale ci pomogę.
- To nie jest konieczne. - powiedziała łamiącym się głosikiem.
I tak zaczął znosić jej rzeczy i ładnie układać w niewielkiej walizce. Dziewczyna nie miała wiele własnych przedmiotów. Większość stanowiła wyposażenie które otrzymała od opiekunów zamku. Nie mogła go zabrać. Rakanoth stał pod drzwiami z równie smutną miną. Gdy ją ujrzał, wziął walizkę i bez słowa poprowadził na dziedziniec.
- Przykro mi, ale nic nie mogę zrobić. Może...
- Nie. - przerwała mu. - Nie możesz nic. W końcu sam władca wydał rozkaz.
- Już wyjeżdżasz? - usłyszała mdląco słodki głosik Vanessy.
Lilith spojrzała na nią z bólem w oczach. Jednak to Rakanoth odpowiedział.
- Nic tu po tobie. Idź dręczyć kogo innego.
Spojrzała na niego jak na ciastko które właśnie ma zamiar pożreć.
- Taki oschły. Oj Rakanocie, nie powinieneś. W końcu... - przysunęła się do niego i oparła rękę na torsie. - ...na pewno odtańczymy taniec na ślubie naszej królowej.
- Raczej wątpię.
Nadleciał wielki żywiołak ognia a Lilith zbladła.
- Lecimy n...na tym?
- Głupia jesteś. Lecisz, nie lecicie. - powiedziała Vanessa. - Poza tym wybierasz się baaardzo daleko. Ten cały Asmistus to potwór i szaleniec. Nie martw się, długo z nim nie pomieszkasz.Zwykł zamieniać służbę i uczniów w różne przydatne przedmioty. Ale czego więcej może oczekiwać KTOŚ taki jak ty. Będziesz w końcu czymś przydatnym. Czy to nie piękne?
Zaczęła się nagle drapać po twarzy. Coraz bardziej i bardziej. Zaklęła szpetnie i ponownie to zrobiła. Po chwili całą twarz miała porośniętą szarym futrem. Z nosa sterczały długie wąsiki jak u fretki a ze spodni ogon. Krzyknęła przeraźliwie bo nawet palce i dłonie się zmieniły. Nadal jednak była tak jakby człowiekiem.
Lilith wpatrywała się zdumiona w niecodzienny widok. Rakanoth musiał się zająć spanikowaną dziewczyną i nie mógł pożegnać jej do końca. Jeździec żywiołaka niecierpliwił się coraz bardziej.
- Panienko. Niedługo się ściemni. Wolałbym wyruszać.
- Tak... oczywiście.. - mruknęła i spojrzała na intensywnie błękitny pierścień.
Li, cały on. Nie mógł się powstrzymać.
~~*~~
Podróż była bardzo długa, nużąca i niewygodna. Leciała na żywiołaku, ściskając kurczowo jeźdźca przed sobą. Nie wydawał się ty zakłopotany. Zapewne to dla niego codzienność.- Spójrz pani. - pokazał błyszczącą barierę.
Była piekna i złowroga.
- Lecimy aż tak daleko? - wyszeptała.
- Tak. - skręcił do posterunku w którym stacjonowali ludzie z Bractwa Światła.
Wylądował i zeskoczył zwinnie. Podał im piękny pergamin.
- Wiozę ją do Asmistusa Nevalosa. Przepuśćcie nas.
- Na pewno? - spojrzeli uważnie.
Jakby nie patrzeć byli w stanie wojny. Od drugiej strony bariery ujrzała delikatną, czerwoną smugę świetlików. Zatrzymały się obok i zmaterializowały w młodego chłopca w szatach magów. Wytrząsnłą z ucha robaczka i radośnie podszedł do wojowników. Również miał pergamin.
- Mój Mistrz mnie przysłał po jakąś dziewczynę. Ponoć ma być jego uczennicą.
Kiwnęli głowami i spojrzeli na nią. Lilith drżąc zeskoczyła z grzbietu stworzenia.
- Dzień dobry, - powiedział zadowolony chłopiec. - Mam na imię Albert i zaraz cię teleportuję do siedziby Władców Mgieł.
<Lilith? Taaak uczniem xD >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz